ROZDZIAŁ XXIX
Chyba po raz pierwszy odkąd opuściłam Liban, czułam taką presję. O dziwo na oddziale zamiast popłochu, panował jakiś dziwny poukładany porządek, zupełnie tak jakby wszyscy poza mną spodziewali się tego, że nasza jednostka zostanie zdemaskowana.
W chwilach takich jak ta, doskonale wiedzieliśmy, że musimy liczyć wyłącznie na siebie i sami musimy ogarnąć to wszystko w logiczną całość.
Każdy na oddziale doskonale wiedział co robi, jedni nosili sprzęt, drudzy zabierali jakieś czarne skrzynki, kolejni niszczyli w pośpiechu nadmiary materiałów. Wokół Colina roiło się od informatyków, gotowych nieść mu pomoc, a on rozstawiał ich niczym szeregowych żołnierzy.
Sparaliżowało mnie, nie wiem dlaczego, gdzie się nie rozejrzałam widziałam Thorne'a. Dlaczego znowu jego? Czyżby mnie chciał przed czymś, lub przed kimś ostrzec?
Stałam na środku sali głównej i czułam jakby nogi wrosły mi w ziemię. Po krótkiej chwili na oddział szybkim krokiem wszedł Asir i zaczął wymachiwać rękoma wydając rozkazy, w przelocie krzyknął tylko do Cole'a:
- Gdzie Rolly?
- Na pozycji.
Ten odkrzyknął w biegu, po czym dalej zajmował się instruowaniem rekrutów.
Asir podszedł do mnie i zaczął oś mówić, ale nie słyszałam go, zauważył w lot, że coś niedobrego się ze mną dzieje, po czym szarpnął mnie za rękę żebym się ocknęła.
- Kylie, co z tobą?!
Ocknęłam się jak z potężnego snu, ale dalej nie rozumiałam czego ode mnie chciał, czułam się tak jakbym cierpiała na klaustrofobię, wiedziałam, że jeśli natychmiast stamtąd nie wyjdę, to po prostu się uduszę. Asir próbował przywołać mnie do porządku, oddział powoli pustoszał, bo przenoszono nas w tajne miejsce. Moje oczy zaczęły robić się dziwnie szklane.
- Od tej pory nie chcę widzieć, że oddalasz się ode mnie choćby o krok zrozumiałaś?
- Nie!
Odezwałam się w końcu podniesionym tonem.
- Nie wytrzymam tu ani minuty dłużej rozumiesz? Muszę stąd wyjść.
- Wyjdziesz ale ze mną.
- Nie! wyjdę sama!
Szarpnęłam się i szybkim krokiem wyszłam z oddziału, Asir ruszył za mną i całe szczęście, bo gdyby tego nie zrobił, nie wiem jak dalej potoczyłoby się to wszystko. Otworzyłam drzwi i ledwo to zrobiłam, oślepiło mnie światło słoneczne, po czym kula świsnęła mi koło ucha i otarła się o moje ramię. Poczułam chwilowe, silne ukłucie, po czym Asir wciągnął mnie z powrotem.
- Idiotko!! Co ty wyprawiasz?! Naćpałaś się czegoś?!
Na te słowa wycedziłam mu w twarz.
- Za kogo ty się kurwa masz?! Kto dał ci prawo do decydowania o moim życiu?!
Wymierzony w niego cios spowodował skrywaną agresję.
- Sam sobie to prawo dałem! Ja cię stworzyłem i ja cię mogę zniszczyć!! To ja decyduje czy będziesz żyła czy umrzesz, więc dopóki nie powiem, że masz się wystawić jako żywa tarcza, to znaczy, że masz być żywa!! Czy to jest jasne dla ciebie?!
Nigdy dotąd nie rozmawiał ze mną w taki sposób, czułam się osaczona, oszukana i jakaś taka dziwnie bezbronna. Człowiek, którego chyba kochałam, od tak stwierdził, że jest panem mojego losu i tak naprawdę to nie miałam nic do gadania.
Kiedy ostatnia z osób wyszła z oddziału tajnym korytarzem, spojrzałam z ciężkim oddechem i spuściłam głowę. Asir złagodniał i spojrzał na moją krwawiącą rękę.
- Trzeba to jak najszybciej opatrzyć.
Uniosłam wzrok i przeniosłam go na jego twarz, znów była taka pełna ciepła, troski i łagodności, ja niestety nie potrafiłam wykrzesać w sobie nawet odrobiny wdzięczności za uratowanie życia, tylko odburknęłam niegrzecznie:
- Pocałuj mnie w dupę.
I skierowałam się w stronę korytarza, gdzie zniknęli pozostali, Asir uśmiechnął się do siebie, po czym krzyknął za mną:
- Kiedy tylko zechcesz!!
Ale już się nie odwróciłam, bo doskonale czułam, że jest tuż za mną i nic niestety nie wskazywało na to, żeby w najbliższym czasie miało się coś zmienić.
poniedziałek, 23 listopada 2015
niedziela, 22 listopada 2015
ROZDZIAŁ XXVII
ROZDZIAŁ XXVIII
Nie miałam najmniejszej ochoty na powrót na oddział, ale wiedziałam doskonale, że jeśli czegoś szybko nie zrobię, to może powstać w niedługim czasie totalny chaos i taki, którego nie da się ogarnąć jedną akcją czy bandą świeżo upieczonych półgłówków, którym się wydaje, że nasz świat to film z pokroju Niezniszczalnych.
Stałam tak jeszcze kilka minut, aż w końcu ruszyłam z miejsca. Po niedługiej chwili dotarłam z powrotem na oddział i wzrokiem zaczęłam błądzić w poszukiwaniu Mohit'a.
Niestety go nie znalazłam, więc pospiesznie skierowałam swoje kroki do J.T. Uśmiechnął się jak zwykle.
- Co ci potrzeba słonko?
- Nie wiesz może gdzie podziewa się Mohit?
- Z tego co wiem, to dzisiaj ma wolne.
Skrzywiłam się.
- Wolne?
- Ychy.
J.T widział gołym okiem moje niezadowolenie.
- Mamy stopień zagrożenia, wszystkie jednostki są postawione w stan pogotowia a Mohit ma wolne?
Byłam zbulwersowana.
- A tak z ciekawości, możesz mi powiedzieć kto mu je dał?
- Z tego co wiem, to Rolly.
Tego już było za wiele, nie dość, że był arogancki, to jeszcze bezmyślny, dopiero co prawił mi wykłady jak to mam się wielce poukładać, tymczasem sam miał się za ułożonego dając najlepszym ludziom wolne? Może jeszcze zafundował mu czterogwiazdkowy hotel?!
Pytałam sama siebie, nie mówiąc już do J.T nawet słowa, ponownie wparowałam do gabinetu Rolly'ego, tym razem nie był sam, przed nim stała Linda. Na mój widok skrzywiła się, niewiele mniej niż ja na jej. Rolly uśmiechnął się nieszczezrze.
- Czegoś zapomniałaś?
Zmierzyłam wzrokiem Lindę, która tym razem uśmiechnęła się złośliwie.
- Wyjdź.
Rozkazałam.
- Nie przyjmuję rozkazów od ciebie.
Spojrzałam na nią wrogo i podeszłam bliżej.
- Wyjdziesz sama? Czy ci pomóc.
Rolly widząc zaostrzający się konflikt wstał szybko z fotela i podszedł do Lindy.
- Zawołam cię później.
Choć niechętnie to zrobiła, to jednak wyszła z tym swoim żmijowatym wyrazem twarzy. Rolly obrócił się w moją stronę, po czym skarcił swoim surowym wzrokiem.
- Niezależnie od wszystkiego, nie możesz tutaj wpadać ot tak kiedy ci się podoba i paraliżować cały oddział.
- Mogę robić co chcę i kiedy chcę i doskonale o tym wiesz.
Odpowiedziałam pewnym tonem.
- A teraz mi wyjaśnij jakim prawem Mohit ma wolne?
- Potrzebował coś załatwić.
- A rozumiem, czyli ktoś na nas poluje a ty od tak dajesz mu wolne na załatwianie prywatnych spraw?!
Byłam oburzona.
- Dlaczego jak ja potrzebuję wolnego dnia to masz tysiąc problemów?!
- Przepraszam cię bardzo, ale czy Mohit nazywa się Kylie Santadio?
Powiedział spokojnym tonem.
- Jeżeli Barodo zaatakuje a my nie będziemy mieli ściągniętych pozostałych sześciu agentów, to leżymy rozumiesz?
- A czy ty rozumiesz, że wszelkie działania Barodo, są na bieżąco monitorowane przez Colina?!
Teraz ton jego głosu znacznie się podniósł.
- Colin jest tylko człowiekiem i może coś przegapić lub się pomylić!!
- Nie Colin!
- Już kiedyś byłeś taki pewny siebie i omal przez ciebie nie zginęłam!!
Nagle rozległ się potężny huk, po nim jeszcze jeden, syreny zaczęły wyć jak oszalałe.
Oboje spojrzeliśmy na siebie z niewyjaśnionym wyrazem twarzy.
- Co to było do cholery?
Cole wbiegł do gabinetu Rolly'ego, spojrzał na mnie, po czym na Rolly'ego, minę miał niewyraźną.
- Mają nas.
- Co ty mówisz?
- Wiedzą gdzie mamy siedzibę. Uderzyli w nas, nie oceniliśmy jeszcze strat, monitory Colin'a wariują.
Wybiegłam bez słowa na oddział i zbiegłam szybko do Colin'a, żeby mu pomóc, Rolly spojrzał na Cole'a, po czym chwycił telefon, wbił jakiś numer i powiedział zdecydowanym tonem:
- Zaczęło się.
Wyłączył telefon i spojrzał na Cole'a, po czym powiedział:
- Ściągnij Asir'a, musi przejąć dowodzenie.
- Ale...
- Rób co mówię.
Cole długo nie zastanawiając się wybiegł z gabinetu a Rolly wyszedł z gabinetu, stanął na schodach, po czym spojrzał na wielki portret Thorne'a wiszący w holu, po czym przeniósł swój wzrok na mnie.
Byłam wściekła, czyżby Rolly mógł się mylić? Czy mógł podjąć złą decyzję, kwestionując moją? Teraz nie miałam jednak czasu by się nad tym zastanawiać, w tej jednej chwili nikt z nas nie był dowódcą, nikt nie był lepszy czy gorszy, w tej chwili wszyscy byliśmy równymi sobie, którzy najzwyczajniej w świecie walczą o przetrwanie, bo żadne z nas nie wiedziało czy dożyje jutra...
Nie miałam najmniejszej ochoty na powrót na oddział, ale wiedziałam doskonale, że jeśli czegoś szybko nie zrobię, to może powstać w niedługim czasie totalny chaos i taki, którego nie da się ogarnąć jedną akcją czy bandą świeżo upieczonych półgłówków, którym się wydaje, że nasz świat to film z pokroju Niezniszczalnych.
Stałam tak jeszcze kilka minut, aż w końcu ruszyłam z miejsca. Po niedługiej chwili dotarłam z powrotem na oddział i wzrokiem zaczęłam błądzić w poszukiwaniu Mohit'a.
Niestety go nie znalazłam, więc pospiesznie skierowałam swoje kroki do J.T. Uśmiechnął się jak zwykle.
- Co ci potrzeba słonko?
- Nie wiesz może gdzie podziewa się Mohit?
- Z tego co wiem, to dzisiaj ma wolne.
Skrzywiłam się.
- Wolne?
- Ychy.
J.T widział gołym okiem moje niezadowolenie.
- Mamy stopień zagrożenia, wszystkie jednostki są postawione w stan pogotowia a Mohit ma wolne?
Byłam zbulwersowana.
- A tak z ciekawości, możesz mi powiedzieć kto mu je dał?
- Z tego co wiem, to Rolly.
Tego już było za wiele, nie dość, że był arogancki, to jeszcze bezmyślny, dopiero co prawił mi wykłady jak to mam się wielce poukładać, tymczasem sam miał się za ułożonego dając najlepszym ludziom wolne? Może jeszcze zafundował mu czterogwiazdkowy hotel?!
Pytałam sama siebie, nie mówiąc już do J.T nawet słowa, ponownie wparowałam do gabinetu Rolly'ego, tym razem nie był sam, przed nim stała Linda. Na mój widok skrzywiła się, niewiele mniej niż ja na jej. Rolly uśmiechnął się nieszczezrze.
- Czegoś zapomniałaś?
Zmierzyłam wzrokiem Lindę, która tym razem uśmiechnęła się złośliwie.
- Wyjdź.
Rozkazałam.
- Nie przyjmuję rozkazów od ciebie.
Spojrzałam na nią wrogo i podeszłam bliżej.
- Wyjdziesz sama? Czy ci pomóc.
Rolly widząc zaostrzający się konflikt wstał szybko z fotela i podszedł do Lindy.
- Zawołam cię później.
Choć niechętnie to zrobiła, to jednak wyszła z tym swoim żmijowatym wyrazem twarzy. Rolly obrócił się w moją stronę, po czym skarcił swoim surowym wzrokiem.
- Niezależnie od wszystkiego, nie możesz tutaj wpadać ot tak kiedy ci się podoba i paraliżować cały oddział.
- Mogę robić co chcę i kiedy chcę i doskonale o tym wiesz.
Odpowiedziałam pewnym tonem.
- A teraz mi wyjaśnij jakim prawem Mohit ma wolne?
- Potrzebował coś załatwić.
- A rozumiem, czyli ktoś na nas poluje a ty od tak dajesz mu wolne na załatwianie prywatnych spraw?!
Byłam oburzona.
- Dlaczego jak ja potrzebuję wolnego dnia to masz tysiąc problemów?!
- Przepraszam cię bardzo, ale czy Mohit nazywa się Kylie Santadio?
Powiedział spokojnym tonem.
- Jeżeli Barodo zaatakuje a my nie będziemy mieli ściągniętych pozostałych sześciu agentów, to leżymy rozumiesz?
- A czy ty rozumiesz, że wszelkie działania Barodo, są na bieżąco monitorowane przez Colina?!
Teraz ton jego głosu znacznie się podniósł.
- Colin jest tylko człowiekiem i może coś przegapić lub się pomylić!!
- Nie Colin!
- Już kiedyś byłeś taki pewny siebie i omal przez ciebie nie zginęłam!!
Nagle rozległ się potężny huk, po nim jeszcze jeden, syreny zaczęły wyć jak oszalałe.
Oboje spojrzeliśmy na siebie z niewyjaśnionym wyrazem twarzy.
- Co to było do cholery?
Cole wbiegł do gabinetu Rolly'ego, spojrzał na mnie, po czym na Rolly'ego, minę miał niewyraźną.
- Mają nas.
- Co ty mówisz?
- Wiedzą gdzie mamy siedzibę. Uderzyli w nas, nie oceniliśmy jeszcze strat, monitory Colin'a wariują.
Wybiegłam bez słowa na oddział i zbiegłam szybko do Colin'a, żeby mu pomóc, Rolly spojrzał na Cole'a, po czym chwycił telefon, wbił jakiś numer i powiedział zdecydowanym tonem:
- Zaczęło się.
Wyłączył telefon i spojrzał na Cole'a, po czym powiedział:
- Ściągnij Asir'a, musi przejąć dowodzenie.
- Ale...
- Rób co mówię.
Cole długo nie zastanawiając się wybiegł z gabinetu a Rolly wyszedł z gabinetu, stanął na schodach, po czym spojrzał na wielki portret Thorne'a wiszący w holu, po czym przeniósł swój wzrok na mnie.
Byłam wściekła, czyżby Rolly mógł się mylić? Czy mógł podjąć złą decyzję, kwestionując moją? Teraz nie miałam jednak czasu by się nad tym zastanawiać, w tej jednej chwili nikt z nas nie był dowódcą, nikt nie był lepszy czy gorszy, w tej chwili wszyscy byliśmy równymi sobie, którzy najzwyczajniej w świecie walczą o przetrwanie, bo żadne z nas nie wiedziało czy dożyje jutra...
poniedziałek, 6 kwietnia 2015
ROZDZIAŁ XXVII
ROZDZIAŁ XXVII
Ostatnimi czasy bardzo często dopadał mnie obecny stan o nazwie kac. Tym razem jednak sprawił iż poczułam nagły przypływ adrenaliny. Tak potężny, że kiedy Asir wszedł na salę, spojrzał tylko na Rolly'ego, który jedną nogą podpierał ścianę a druga była gotowa do tego, by w razie czego zareagować na to, co działo się na macie. Asir stanął z boku a chwilę później dołączył do niego Mohit.
Spojrzał na matę, na której po raz kolejny obaliłam Joe'go. Gdy upadł, spojrzał na mnie, pot lał mu się strumieniami, ale ja nie czułam że mam dość. Musiałam na kimś wyładować swoją agresję, padło na Joe'go. W końcu jednak podszedł Rolly i ruchem ręki pokazał, że mam zakończyć tą nierówną walkę. Stanęłam naprzeciwko niego a Joe powoli zaczął podnosić się z materacu.
Rolly zmierzył mnie wzrokiem, nie byłam zadowolona:
- Musiałeś zepsuć mi zabawę?
Uśmiechnęłam się kąśliwie.
- Zachowaj energię na później.
- A co będzie później?
- Za jakieś piętnaście minut stawią się nowi rekruci, masz ich sprawdzić i wyłowić najlepszych. To młoda ekipa, ale może być skuteczna pod odpowiednim nadzorem.
- Uliczni mieszańcy?
- Coś w ten deseń. To ci przeszkadza? Bo widzę, że cierpisz ostatnio na kąśliwość.
- A dziwisz się? Sprowadzacie meneli i szkolicie na podobieństwo poprzednich i gówno z tego wynika. Giną kolejni ludzie, kolejni agenci, myślisz, że tymi szmaciarzami zastąpisz ginących agentów? Dzielą ich lata praktyk i doświadczenia, którego nie są w stanie nadrobić a ty rzucasz kolejnych ludzi na pożarcie lwom. Barodo obrasta w siłę a my się bujamy niańcząc margines społeczny.
Rolly spojrzał na mnie i widziałam, że nie podobało mu się to co powiedziałam, ale miałam już serdecznie dosyć otaczających mnie półgłówków, którzy poza gadaniem i podkładaniem dup, nie robili nic konkretnego. Totalna porażka na każdej linii.
- Może po prostu powinnaś poukładać swoje prywatne życie a wtedy wrócić i zająć się pracą bez komentowania moich decyzji?
- Jeśli pójdę na urlop żeby poukładać swoje prywatne życie, to po powrocie mogę czasami nie mieć gdzie pracować.
Spojrzałam szyderczym wyrazem twarzy i odeszłam od niego, bo nawet widok Rolly'ego powoli zaczął przyprawiać mnie o mdłości.
Nie wiem co mu się wydawało? Że jest Bogiem? A może medium, które dokładnie potrafi rozszyfrować ciąg dalszy zdarzeń, które miały nas czekać?
Zdawało mi się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby rozłożenie wszędzie C-4, żeby wywalić to wszystko w powietrze razem z nami a chwilę później raz na zawsze zniknęłyby wszystkie nasze problemy i ta banda wszechwiedzących dupków.
Wyszłam z sali żeby zapalić papierosa, czułam, że muszę ochłonąć choć przez moment. Oparłam głowę w przedsionku wind i zapaliłam papierosa. Spojrzałam przed siebie, choć nie było tam nic poza ścianą. Nie wiem co chciałam dojrzeć w niej: nadzieję? ulgę?czy odpowiedź. Jednego tylko byłam pewna, że jeżeli nie zdecyduję się na bycie przynętą na otwartej przestrzeni, połkną nas żywcem, jeżeli nie podejmę najważniejszej decyzji i nie ściągnę pozostałej szóstki, mogę nigdy nie dowiedzieć się, kto tak naprawdę pogrzebał mnie żywą.
Ostatnimi czasy bardzo często dopadał mnie obecny stan o nazwie kac. Tym razem jednak sprawił iż poczułam nagły przypływ adrenaliny. Tak potężny, że kiedy Asir wszedł na salę, spojrzał tylko na Rolly'ego, który jedną nogą podpierał ścianę a druga była gotowa do tego, by w razie czego zareagować na to, co działo się na macie. Asir stanął z boku a chwilę później dołączył do niego Mohit.
Spojrzał na matę, na której po raz kolejny obaliłam Joe'go. Gdy upadł, spojrzał na mnie, pot lał mu się strumieniami, ale ja nie czułam że mam dość. Musiałam na kimś wyładować swoją agresję, padło na Joe'go. W końcu jednak podszedł Rolly i ruchem ręki pokazał, że mam zakończyć tą nierówną walkę. Stanęłam naprzeciwko niego a Joe powoli zaczął podnosić się z materacu.
Rolly zmierzył mnie wzrokiem, nie byłam zadowolona:
- Musiałeś zepsuć mi zabawę?
Uśmiechnęłam się kąśliwie.
- Zachowaj energię na później.
- A co będzie później?
- Za jakieś piętnaście minut stawią się nowi rekruci, masz ich sprawdzić i wyłowić najlepszych. To młoda ekipa, ale może być skuteczna pod odpowiednim nadzorem.
- Uliczni mieszańcy?
- Coś w ten deseń. To ci przeszkadza? Bo widzę, że cierpisz ostatnio na kąśliwość.
- A dziwisz się? Sprowadzacie meneli i szkolicie na podobieństwo poprzednich i gówno z tego wynika. Giną kolejni ludzie, kolejni agenci, myślisz, że tymi szmaciarzami zastąpisz ginących agentów? Dzielą ich lata praktyk i doświadczenia, którego nie są w stanie nadrobić a ty rzucasz kolejnych ludzi na pożarcie lwom. Barodo obrasta w siłę a my się bujamy niańcząc margines społeczny.
Rolly spojrzał na mnie i widziałam, że nie podobało mu się to co powiedziałam, ale miałam już serdecznie dosyć otaczających mnie półgłówków, którzy poza gadaniem i podkładaniem dup, nie robili nic konkretnego. Totalna porażka na każdej linii.
- Może po prostu powinnaś poukładać swoje prywatne życie a wtedy wrócić i zająć się pracą bez komentowania moich decyzji?
- Jeśli pójdę na urlop żeby poukładać swoje prywatne życie, to po powrocie mogę czasami nie mieć gdzie pracować.
Spojrzałam szyderczym wyrazem twarzy i odeszłam od niego, bo nawet widok Rolly'ego powoli zaczął przyprawiać mnie o mdłości.
Nie wiem co mu się wydawało? Że jest Bogiem? A może medium, które dokładnie potrafi rozszyfrować ciąg dalszy zdarzeń, które miały nas czekać?
Zdawało mi się, że najlepszym rozwiązaniem byłoby rozłożenie wszędzie C-4, żeby wywalić to wszystko w powietrze razem z nami a chwilę później raz na zawsze zniknęłyby wszystkie nasze problemy i ta banda wszechwiedzących dupków.
Wyszłam z sali żeby zapalić papierosa, czułam, że muszę ochłonąć choć przez moment. Oparłam głowę w przedsionku wind i zapaliłam papierosa. Spojrzałam przed siebie, choć nie było tam nic poza ścianą. Nie wiem co chciałam dojrzeć w niej: nadzieję? ulgę?czy odpowiedź. Jednego tylko byłam pewna, że jeżeli nie zdecyduję się na bycie przynętą na otwartej przestrzeni, połkną nas żywcem, jeżeli nie podejmę najważniejszej decyzji i nie ściągnę pozostałej szóstki, mogę nigdy nie dowiedzieć się, kto tak naprawdę pogrzebał mnie żywą.
Subskrybuj:
Posty (Atom)